Stworzenie obiektywnej prezentacji polskiego projektowania książkowego ubiegłego stulecia przypuszczalnie nie jest w ogóle możliwe. Nie tylko dlatego, że w tak ogromnym przedziale czasowym wydano setki tysięcy książek z okładkami zaprojektowanymi przez tysiące artystów. Chodzi raczej o to, że każdy wybór z takiej masy publikacji z natury rzeczy musi pozostać fragmentaryczny. Również Aleksandra i Daniel Mizielińscy nie dyktują kanonu. Tysiąc wyselekcjonowanych przez nich okładek to wybór subiektywny, a taki zawsze żywi się emocjami, wspomnieniami i ulotnymi impulsami. Dlatego książka, po którą właśnie Państwo sięgnęli, nie rości sobie prawa do totalności. To raczej kalejdoskopowa mozaika, która, ułożona innymi rękami, mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Zapewne niejeden Czytelnik zakrzyknie podczas jej wertowania: „ale dlaczego nie ma tu tego!?”. Tysiąc okładek na sto lat – to bardzo dużo, ale ciągle za mało, żeby mówić o wyczerpującej antologii.