„Przeklęte Podwórze” ukazało się przed sześciu laty i przypomniało współczesnym o żywej obecności wielkiego pisarza, który, zdawało się, zamilkł na zawsze. Było dla jugosłowiańskich czytelników takim samym znakiem żywotności twórcy, jak dla Polaków „Gwiazda zaranna” Marii Dąbrowskiej. I tym razem wrócił pisarz do swojej Bośni, tego monotonnego z pozoru kraju małomównych muzułmanów, prostodusznych prawosławnych chłopów i bośniackich franciszkanów, tego dziwnego stopu różnych kultur i umysłowości. Tak jak to często robił w swoich utworach, zwraca się Andrić do przeszłości, do czasów, kiedy osmańskie państwo rozciągało się na ogromnych połaciach Europy południowo-wschodniej, obejmując także Bośnię. Wraz ze swym bohaterem, znanym już z innych opowiadań dobrodusznym franciszkaninem, bratem Piotrem, którego opowieści wysłuchujemy, kiedy leży on już w grobie, wędruje pisarz do starego Stambułu. Egzotyczny koloryt stambulskiego więzienia dobrze jest znany świetnemu historykowi, jakim jest Andrić. Tak bardzo zresztą przypomina jego Bośnię. Ale chyba nie koloryt i nie egzotyka są najważniejsze w tej opowieści...