Teściowa zaczynała dzień gimnastyką dokładnie o 6.00 rano przy głośno nastawionym radiu. Następnie zażywała kąpieli - na zmianę raz gorący, raz zimny prysznic - rycząc przy tym jak hipopotam. Później kawusia, a przy niej rozmowy telefoniczne do knajpy i do Macieja, ostatniej swojej zdobyczy. Odkąd Jolka skrytykowała jej kolor włosów, stale szukała właściwej barwy. Ostatnio miała na głowie kolor oberżyny. Zdaniem ojca, z którym i tak nikt się nie liczył, lepiej wyglądała w różowych. Za każdym razem, kiedy ją spotykał na swej drodze w nowym kolorku, wzdragał się nerwowo. Któregoś popołudnia ojciec postanowił odszukać wśród książek pozycję traktującą o jakimś rolniczym zagadnieniu. Pewien, że teściowa udała się z matką do szpitala, wszedł śmiało do pokoju, chwilowo przez nią zamieszkiwanego. Po przejściu progu stanął jak wryty. Na kanapie leża olbrzymia, monstrualna wręcz, marchewka, długa na caluśką kanapę. Ojciec był krótkowidzem, w pokoju panował półmrok, ostrożnie zbliżył się więc do kanapy i zdębiał: marchewka chrapała! Dłuższą chwilę patrzył na zmutowane warzywo i wreszcie stwierdził z ulgą, że to tylko jego własna teściowa. Na włosach i twarzy miała rozsmarowaną maź w kolorze zielonym, zaś cała jej korpulentna postać spowita była w pomarańczową szatę. Z czubków palców od nóg zwisały jej pomarańczowe klapeczki o spiczastych noskach.