Gdy w apogeum młodości osiągałem pierwszą kulminację swego życia z muzyką, muzyka wydawała mi się światem skończonym, ograniczonym, zdobytym. Miałem chełpliwe poczucie, że znam jej najwyższe wzloty, że stosowne kawałki z głównych ‘arcydzieł' mogę zagwizdać na żądanie. Myślałem ze smutkiem, ale z jeszcze większą od smutku satysfakcją, że już mi nie grozi, abym mógł przeżyć przygodę usłyszenia nie słyszanej dotąd nigdy przedtem symfonii Beethovena. (...) Przeżywałem okres nasycenia i harmonii, spełnienia i tej pewności siebie jaką daje wtajemniczenie w dziedzinę przeznaczoną dla wybranych.