Oficjalna historiografia – nie tylko państw demokracji ludowej, ale także Zachodu – bardzo długo spychała na margines jeden z najważniejszych i najtragiczniejszych epizodów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej: masową dezercję żołnierzy sowieckich w pierwszych miesiącach wojny oraz późniejsze zbrojne poparcie nazistów przez większość narodów Kaukazu. Historycy radzieccy tematu tego poruszać nie mogli z przyczyn cenzuralnych. Zgodnie z wytycznymi Stalina (i kolejnych genseków), zjawisko takie nie miało w ogóle miejsca, nie mieściło się bowiem w granicach zdrowego rozsądku. Bo kto normalny zdradzałby swoją, mlekiem i miodem płynącą ojczyznę, aby poprzeć największego zbrodniarza w historii ludzkości, Adolfa Hitlera? Po wojnie jednak wody w usta nabrali również historycy zachodni – w dużej mierze dlatego, że alianci, głównie Brytyjczycy, przyczynili się do masowej eksterminacji zdrajców ZSRR w pierwszych powojennych latach. Nie leżało zatem w ich interesie podkreślanie haniebnej roli, jaką odegrali przywódcy demokratycznego świata w wydaniu w ręce Stalina, a więc na pewną śmierć, dziesiątek tysięcy uciekinierów z komunistycznego raju. Tematu nie dało się jednak całkowicie przemilczeć, dlatego Sowieci postanowili odkryć część prawdy, tworząc w ten sposób zasłonę dymną, mającą na celu ukrycie powszechności zjawiska zdrady i dezercji z szeregów Armii Czerwonej. Tą zasłoną dymną stała się postać generała Andrieja Własowa, którego po wojnie przykładnie napiętnowano, osądzono i powieszono w Moskwie. Własow miał utożsamiać całe zło, wszystkich zdrajców, podczas gdy był on jedynie trybikiem w machinie oporu wobec władzy radzieckiej i okrutnej dyktatury Józefa Stalina.