Zwierzchowski nie chce nikogo przekonywać do tego, że lata pięćdziesiąte pozostawiły filmowe arcydzieła. Polemizuje jednak ze stanowiskiem, iż nie pozostawiły niczego, co mogłoby zainteresować dzisiejszego widza. W kulturze, nawet ręcznie sterowanej, istnieje zawsze jakiś element ciągłości; socrealizm w naturalny sposób spajają z sąsiednimi okresami biografie wielu twórców, przyzwyczajenia widzów, tradycja wreszcie. (...) Zwierzchowski pokazuje w jaki sposób w kinematografii polskiej lat 1949-1955 dokonywał się osobliwy kompromis między życzeniami, jakie stawiała władza, filmowymi technikami, wreszcie - ambicjami, którymi kierowali się (niektórzy przynajmniej) twórcy, docieka, jak poszukiwano w miarę atrakcyjnej formuły dla kina obciążonego propagandową misją (z recenzji prof. Wojciecha Tomasika).