Wydawało mu się, że upłynęły godziny, zanim wdrapał się na ostatnie wzgórze, a następnie z niego zbiegł. Przed nim, w odległości kilkuset jardów, stały sanki i do jego pulsujących uszu dochodził straszliwy jazgot psów. Jak przez mgłę zauważył, że jeden z nich, ranny, odpełza z wysiłkiem na bok, podczas kiedy drugi rozpaczliwie usiłuje skupić na sobie uwagę olbrzyma.