Stałem na rufie jachtu — jakaś drobna naprawa — samotny żeglarz ma zawsze ręce pełne roboty. Niespodziewany podmuch wiatru uderzył mnie w twarz, jacht pochylił się gwałtownie — pokład usunął się spod nóg. Poleciałem do tyłu tracąc równowagę. Spryt, a może mój najwierniejszy towarzysz — szczęście, raz jeszcze nie zawiodły. Ostatnim chwytem — końcem palców złapałem się poręczy — relingu. Zostałem na jachcie. Szczęście zawiodło natomiast mój spłowiały, niegdyś kwiecisty kapelusz. Zobaczyłem jego postrzępione rondo w spienionym nurcie za rufą, mignął jeszcze wśród fal, jak gdyby śląc ostatnie „cześć" i został gdzieś hen, hen daleko... Za burtą! Raz „za burtą" znaczy dla samotnego żeglarza na zawsze za burtą.