W poezji Anny Fideckiej - pisze Karol Maliszewski - wszystko takie mądre, dojrzałe, pisane z dziewczyńsko-kobiecej wysokości. Aż poczułem się jak niedowartościowany samczyk ględzący o barbarzyńcach i klasycystach. Tymczasem poezja toczy się, ucieka. Wyskakują takie Fideckie jak cenne kamienie spod kół. Nie można ich za bardzo komuś, czemuś przypisać. Ale to nie mój dramat. Są sobie. Niekiedy zachwycając w tej swojej wolności, drapieżnej i dzikiej liryczności.