Jest to tekst, który wciąga i który, jak sądzę, może zainteresować także osobę głęboko wierzącą, jeśli oczywiście odważy się ona przystąpić do lektury, nie odstraszona bluźnierczo dla niej brzmiącym tytułem. Esej Heleny Eilstein nie jest bowiem antychrześcijański; nie jest mianowicie w tym sensie, iż autorka stwierdza, że "nie podobna być uczestnikiem kultury europejskiej nie będąc w jakiejś mierze dziedzicem tradycji judeochrześcijańskiej, a w szczególności zaś chrześcijańskiej".