Widok tych samych wiosennych brzóz, rozsianych za ogrodzeniami domów Pogodna, towarzyszył mi od kiedy zacząłem myśleć o tej książce. Jeszcze w szkole podstawowej nr 32 przy ulicy Siemiradzkiego, a więc w centrum Pogodna, uczono nas, że Szczecin jest „miastem zieleni i młodości”. Jako młodzi gniewni puszczaliśmy te słowa mimo uszu, traktując je jak kolejny slogan obok różnych wzniosłych sformułowań o Odrze i Bałtyku. Jednak wbrew Milanowi Kunderze, bezlitośnie obnażającemu kicz podobnych słów w Nieznośnej lekkości bytu, dochodzę po latach do wniosku, że przynajmniej w niektórych sloganach tkwi ziarno prawdy. Trzeba było wielu lat, by tę prawdę odkryć. Trzeba było refleksji i zapatrzenia, a o te niełatwo w centrum miasta – wśród zgiełku pędzących samochodów, dzwoniących i zgrzytających tramwajów, a nawet w coraz cichszym szumie portowych i stoczniowych maszyn. Aby wejść w tę ciszę, należy znaleźć odpowiednie miejsce. Bez wątpienia takim jest dla szczecinianina właśnie Pogodno. Dzielnica to niezwykła, jak i niezwykłe były jej losy. Aby je odkryć na nowo, nieraz wybierałem się w podróż drobnymi uliczkami dawnego Westendu, osiedla Stoewera, Braunfelde i Schönau. Duchy dawnych mieszkańców – gościnnych, niemieckich mieszczan – ożywały nagle i prowadziły mnie ku kolejnym osobliwościom.