Pochmurny był to dzień, jeden z tych dni słotnych, dżdżystych, w których serce ze smutku obumiera. Nad ziemią rozciągało się szare, jednostajne niebo, a na jego tle ponurem snuły się chmury ciemniejsze, — lekkie, pierzchliwe, kształtem do ludzi podobne, niby dusze pokutne, w szare, mgliste szaty odziane... Na czarnej, wilgotnej ziemi widniały tu i owdzie ślady zimy, gdyż śniegi nie wszędzie jeszcze stopniały, tu i owdzie stały wielkie kałuże wody mętnej, błotnej. Drogą, ciągnącą się między tymi polami żałobnemi, toczyła się z wolna kolasa, w cztery konie zaprzężona; konie były widocznie zmęczone długą podróżą, a woźnica drzemał na koźle.