Los, niezręczny, tępy, splatał i rozplatał ścieżki, zwoływał ich na nowe próby. Nic go nie zrażało. Po bawarskiej łące, po italskim balu, po adriatyckiej plaży, jeszcze raz popchnął ich z Karolem ku sobie w Paryżu. Może obydwoje po to wysłał do Paryża? Obydwoje znaleźli się tu przypadkiem, nic o sobie nie wiedząc, obydwoje zamiast jechać do Anglii, Kanad czy innych Argentyn wybrali paryski bruk na emigracyjne zaczepienie. Teresa dla Ronsarda i przez Szymona, Karol dla mglistych jakichś ekonomii. Coś ich jeszcze raz postawiło twarzą w twarz, oko w oko. I już nie było rady.