Siedziałem wtedy w Barczewie. Miałem wyrok, sześć lat. Wiesz, co to za więzienie? Dla morderców. Zamknęli mnie na oddziale, gdzie siedzieli szefowie więziennej mafii. Na dzień dobry zostałem bardzo pobity przez klawiszy. Parę godzin później przyszedł naczelnik z całą plejadą. Kierownik penitencjarny mówi: – Frasyniuk, nie bądź, kurwa, taki cwaniak, myślisz, że jesteś gwiazda filmowa? My tu mamy bardziej znanych od ciebie. – Tak? – pytam – a kogo? Ericha Kocha. Tego skurwysyna, faszystę? Nieźle. Erich Koch miał wtedy ze 100 lat. – Niecałe 90. – Też nieźle. Wychodzę po trzech dniach na spacerniak, w oknie stoi jakiś starzec, woła: – Frasyniuk, kurwa, „Solidarność" kaput. Co to za frajer? – pytam więźnia, który miał 15 lat odsiadki. – Erich Koch – mówi. W parę tygodni później jest zadyma, uczestniczę w niej. Znowu pobili mnie i wrzucili na dechy. Wychodzę na spacerniak, sam, bo z izolatki, słoneczko, ciepło, rozciągam się, tu boli, tam mięśnie mam naderwane. W oknie znowu siedzi Erich Koch. Mówi: – Frasyniuk, jak oni cię nie zabić, komuna kaput. Prorocze słowa. Ale wtedy pomyślałem: dobre pruskie myślenie, pragmatyczne. Jak ciebie nie zabiją, to ty ich zabijesz.