Pracownia żyjącego pisarza jest żywa, to znaczy stale otwarta ku przyszłości, ale z chwilą śmierci autora maszyneria pracowni zostaje unieruchomiona już w sposób definitywny. Opustoszały pokój przestaje być miejscem, gdzie „robi się poezję”, zamienia się nieodwołalnie w pokój, gdzie poezja była robiona. Żadna kartka nie będzie już pokryta nowym dopiskiem lub skreśleniem (poza „bezosobową” niejako foliacją czy paginacją, którą mogą nanieść archiwiści). Archiwum – ten długi, z upływem lat coraz dłuższy cień żywej pracowni – definitywnie pracownię zastępuje, wypiera jej realność, zajmuje jej miejsce. Archiwum Zbigniewa Herberta można nazwać pracownią wyłączoną, pracownią, która zamieniła się już bez reszty w swoje własne archiwum. Nasz pomysł na książkę poszedł niejako pod prąd tej przemiany: postanowiliśmy podjąć próbę (w jakiejś mierze z góry skazaną na klęskę!) narracyjnego ożywienia pracowni, która zastygła – w archiwum.