Przypadek funkcjonowania myśli Wincentego Lutosławskiego jest doprawdy osobliwy. Bo nie idzie tu tylko o zwykłe zapomnienie, lecz raczej po prostu o nieobecność. Przed wojną do filozofa tego - jako rzekomo blisko związanego z Romanem Dmowskim - przylgnęła etykietka "narodowca", a to nijak się miało do panujących wówczas naczelnych trendów intelektualnych, po wojnie zaś - już niejako ex definitione - jako mistyk, idealista, no i oczywiście także narodowiec, nie mógł się znaleźć w świecie realnego socjalizmu. I jeśli do tego dorzucimy jeszcze znaczną ruchliwość samego Lutosławskiego - bo przecież studiował w Rydze i Dorpacie, a wykładał w Poznaniu, Krakowie, a potem głównie w Lozannie i Genewie - to otrzymamy pełny obraz jego nieobecności. Czy na to Lutosławski ze swoją filozofią naprawdę zasługuje?