Odkąd pamiętam, w naszej rodzinie był duży, stary wiklinowy kosz. Ocalał z zawieruchy wojennej, wędrował z nami upychany w piwnicach, na strychach kolejnych, coraz to mniejszych mieszkań. Dorwać się do jego zawartości było zawsze wielką frajdą. Czego tam nie było! Pięknie kaligrafowane listy miłosne mojego dziadka do babci, stare kalendarze, zaproszenia na bale, książeczki dla dzieci pisane archaicznym stylem, widokówki itp.