Z perspektywy 50 lat wydarzenia mogą przypominać falę tsunami, która przetoczyła się przez świat w latach 60. XX w., z kulminacją w 1968 r. W rzeczywistości była to wielka liczba wirów, o różnorodnej skali i różnym kierunku obrotu, z których część wzajemnie się wzmacniała, inne zderzały ze sobą. Gdy w USA studenci – w proteście przeciw wojnie w Wietnamie – palili karty powołania do wojska, w Polsce protestowali przeciw ograniczaniu wolności słowa („prasa kłamie”). Gdy w Meksyku od kul formacji wojskowych ginęli manifestanci na placu Tlatelolco, w Chinach ich rówieśnicy, hunwejbini, nakładali czapki hańby swym profesorom, stając się pionkiem w grze despotycznego wodza. Gdy członkowie niemieckiej Kommune 1 postulowali rewolucję seksopolu (zmienianie świata należy zacząć od uwolnienia się od ograniczeń seksualnych narzucanych przez konserwatywne społeczeństwa), młodzi Czesi i Słowacy projektowali ustrój „socjalizmu z ludzką twarzą”. Gdy zrewoltowany Paryż ogłaszał, że praca jest torturą i hańbą, w młodych państwach zdekolonizowanej Afryki lokalni przywódcy, często wykształceni na europejskich uczelniach, praktykowali utopie – na żywej tkance plemion poskładanych w społeczeństwa.