Książka niniejsza nie jest leksykonem. To raczej silva rerum, którą moglibyśmy zadedykować, wzorem Benedykta Chmielowskiego: „mądrym dla memoryału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki”. To swoisty wstęp tylko, klucz do elementarza obytego obywatela. Nie znajdzie się tu żadnych scjentystycznych zakusów. Wyeliminowaliśmy je z góry, przyjmując dość ludyczną zasadę pisania tej książki. Otóż spotkaliśmy się w miłej knajpce. Na kilkudziesięciu kartach wypisane były bojowe zadania: dziesięć pojęć astronomicznych, dziesięciu rzeźbiarzy, dziesięć trunków itd. Karty poszły w tas, a następnie rozdane zostały według wszelkich pokerowych, czyli losowych, reguł gry. Nie było taryfy ulgowej, że ktoś wolałby coś innego. Zresztą, wychodząc po deserach, nikt z nas nie wiedział, kto o czym będzie pisał. Uzgodnione zostało tylko, żeby, choć nie ma nigdy w wyborach intelektualnych obiektywizmu, przesadnych ekscesów subiektywizmu jednak się wystrzegać. Stąd pretensje, że w takiej, czy owakiej dziesiątce coś jest, a czegoś nie ma, z góry oddalamy, podobnie jak podejrzenia, że dobór wyraża nasze skryte gusta. Ani jedno, ani drugie – tak tośmy się sprytnie urządzili.