Twoja choroba, Omirze, mogłaby pozyskać swoją alegorię: dla mnie stałby się nią biały wąż na śniegu. Ale wiem, że nie życzyłbyś sobie żadnego emblematu, objaśnienia ani glosy. Dlatego nie będę mówił o kompleksie hydry trawiącym tę książkę, nie wydobędę uniwersaliów, które choć w pewnej mierze mogłyby cię usprawiedliwić. To jednak na swój sposób przerażające: stworzyć utwory beznaskórkowe, powrócić do starogreckiego arché tylko po to, aby zmiażdżyć je wierszem „Zapaśnik”. Nie nawykliśmy do tego, aby jakikolwiek bóg takie decyzje wybaczał. Za to doceniam „Początek choroby” – zwłaszcza za prawdę ostatniego tekstu książki.