Jest rok 1962, gorące lato w Łodzi. Dziesięcioletni Alik, narrator opowieści, spędza kilka tygodni u dziadka Stefana, który niedawno repatriował się z Białorusi, spod Lidy. Dziadkowi jest ciężko żyć w dużym, obcym mieście, w dodatku zakwaterowano go w Łodzi na ulicy Głuchej, co dla niego jest gorzkim szyderstwem, ponieważ słyszy tylko na jedno ucho. Więc dziadek modli się do Pana Boga i kłóci z urzędnikami, ale nie przynosi to żadnych rezultatów. Pewnego dnia wydarza się nieszczęście: Pan Sierożka, również z Białorusi, ginie na ulicy, potrącony przez tramwaj. Leży z rozłożonymi rękoma, jego głowę przykrywa płachta Głosu Robotniczego, jego krew wsiąka w drukarską farbę i zalewa twarze radzieckich kosmonautów na wielkich portretach z pierwszej strony gazety Śmierć Pana Sierożki jest jakby punktem zwrotnym opowieści. Stypa w domu zmarłego uwidacznia, że mimo bólu i smutku, życie płynie dalej. W drodze powrotnej, dobrze na gazie, sąsiad dziadka, Pan Janek, zdejmuje tablice z nazwą "Ulica Głucha" - i "po kłopocie".