Black Sabbath – ikona, której wpływ sięgał daleko poza hard-rockowe, a później heavy-metalowe poletko. Do fascynacji wczesnymi płytami zespołu przyznawali się chętnie chociażby artyści grunge’owego boomu lat 90., a obecnie także przedstawiciele prężnie rozwijającej się sceny doom / drone czy stoner-rocka. Przeboje w rodzaju Paranoid czy Iron Man to już kanon muzyki popularnej (lecące w rozgłośniach puszczających złote przeboje), a kolejne pokolenia undergroundowych artystów odkrywają na nowo potęgę surowych riffów Tony’ego Iommiego i monumentalnej sekcji rytmicznej Warda i Butlera. Podobnego znaczenia nie miały już kolejne wcielenia Sabbathów, kiedy zmieniali się wokaliści, a muzyka drastycznie obniżyła poziom. Ozzy Osbourne był tylko jeden: archetyp metalowego frontmana, szaleniec na scenie i poza nią. Z czasem stał się on zakładnikiem własnego image’u, aby ostatecznie zostać parodią samego siebie. O tej drodze opowiada właśnie biografia Ozzy bez cenzury pióra Sue Crawford, chociaż chyba nie taki był cel przyświecający autorce.