Kiedy po 16 miesiącach Norwid odbijał od nowojorskiego brzegu, chociaż tym razem już niewątpliwie żeglował w stronę swego przyszłego grobu, musiał czuć się uratowany przed jakimś zatraceniem w nieswoim świecie, przywrócony własnemu losowi, niechby nawet częściowo swojskim złudzeniom związanym z wojną, która wprawdzie nie była powszechną wojną ludów, jak sobie Polacy rodacy wymarzyli, lecz królów i premierów, i była w końcu krymską, nie polską.