Przed dwudziestu laty Świetlicki zaczarował poezję polską, słuchem, bezpośredniością, gniewną ironią, mocnym wersem, chłopięco-męską siłą. Uwiódł i – uwiedzioną – powiódł tam, gdzie dawno nie bywała i ponoć nie miała już wrócić, w stronę romantyzmu rozumianego jako odpowiedzialność faktów przed wyobraźnią, wybujałego „ja”, które równoważyło rzekomy realizm jego wierszy, egzystencjalistycznej fascynacji śmiercią. Zaczarował udawaną prostotą, udawanym wyrafinowaniem, a przede wszystkim świetnie udawanym „wzruszeniem ramion” na wszystko.