„Milka ze Trześni” nie ma nic wspólnego ze znaną czekoladą, aczkolwiek w opowieści o tym tytule również pojawia się krowa. I to niejedna. Tylko że chodzi o stworzenie swojskie, które czerpie pokarm z mało urodzajnej, lecz wbrew temu jakże obfitej ziemi cieszyńskiej. Bogatej dzięki ludziom urzeczywistniającym na co dzień w drobnych sprawach wzorce sumienności tudzież pobożności; bogatej przez wzgląd na znamienną obrzędowość, ale w tym wypadku szczególnie – na swoje narzecze. Okazuje się ono na tyle wszechstronne, iż można zbudować na nim od podstaw cały odległy świat skromnych podgórskich gospodarstw, wraz z ich różnorodnymi mieszkańcami – młodymi i starymi, niepozbawionymi przywar ani zalet. Na tle całorocznego cyklu wegetacyjnego i świątecznego, jak też procesów polityczno-społecznych, towarzyszymy im podczas znojnych robót w polu i zabawy, wesela i żegnania najbliższych, tradycyjnego łuskania fasoli czy długo oczekiwanej zabijaczki. Nie potrafimy oderwać się od przenikliwych, śmieszno-gorzkich rozważań żebraka-oryginała, do ostatniej strony śledzimy rozterki uczuciowe oraz intelektualne głównej bohaterki. Nostalgia miesza się stale z wyszukanym humorem, niegdysiejsze realia zaś z tym, co powszechne i wieczne. Czy porzucenie swej małej ojczyzny dopomoże w jej ocaleniu dla innych? Czy tytułowe trześnie jeszcze kiedyś w jakikolwiek sposób zaowocują?