Coś rzucili – i na jednej z pryncypalnych moskiewskich ulic zaczyna się formować kolejka. Początkowo, jak wszystkie, zawęźlona i chaotyczna, obrasta w listę społeczną – i stoi, stoi, stoi, godzinę, dwie, pięć; dzień, potem noc, potem drugi dzień. Za czym? Do końca nie wiadomo, ale kolejkowiczom nie wydaje się to przeszkadzać. Stojący ludzie – osobni, a zarazem powiązani, niczym komórki grzybni – przysypiają, karcą dzieci, romansują, piją, plotkują, wspominają porządki, jakie były dawniej – krótko mówiąc, gadają, ujawniając całe zmęczenie, szarość, pospolitość i brak perspektyw, jakimi charakteryzowało się życie w ZSRR za średniego Breżniewa. Odcedzona do dwustu stron druku, ta relacja jest bodaj najsilniejszym oskarżeniem, jakie można było postawić bezzębnemu już i powątpiewającemu we własne siły imperium.