Przypomniało mi się miejskie przedszkole numer sto dwadzieścia i czasy, gdy jeszcze do niego uczęszczałam. Znalezionym w szafce kuchennym nożem robiłam wykopki. Wyciągnęłam z ziemi dwie dżdżownice, mimo obrzydzenia do tego typu stworzeń. Jedno cięcie nastąpiło w sposób natychmiastowy. Ku mojemu zdziwieniu, Lumbricus jeszcze żył. Drugie cięcie, trzecie, czwarte... Pięć części zwierzęcia poruszało się przez chwilę niezależnie od siebie. Zdumiewające, co takie małe stworzenie jest w stanie znieść. Człowiek umarł by w pierwszej sekundzie po odcięciu mu głowy lub przepołowieniu.