Książka ta nie jest klasycznym podręcznikiem, nie stawia sobie też wygórowanych ambicji ścisłości. Nie jest poradnikiem w rodzaju „jak w pięć minut opanować sto zadań”, nie jest też „rozmową z własnym chomikiem o czarnych dziurach”. Jest raczej książką do uważnego czytania. Jej zadanie polega na pokazaniu wzajemnego przenikania się dwóch dziedzin: matematyki i fizyki. Próbuje wreszcie zerwać z błędnym przekonaniem, albo raczej modą, że każdy wzór, jaki pojawia się w książce, spycha ją do makulaturowego śmietnika. Choć lektura książki nie wymaga specjalnej znajomości nauk ścisłych, łatwo zauważyć, że wraz z kolejnymi rozdziałami rosną wymagania, jakie stawiam przed czytelnikiem: zaczynając od „zwykłych” działań na liczbach, przechodzimy razem przez wektory, formy, tensory, aż po szczegóły dotyczące ruchów planet. Gdzieś po drodze zahaczamy o teorię granic i rachunek różniczkowy, przy okazji nie stroniąc od uwag historycznych.