Kiedy dorastałem, uczyłem się jakże niedoskonałego sposobu przebaczania i pojednania, ponieważ ci, którzy w jakiś sposób mnie zranili, rzadko podejmowali rozmowę na temat motywów swojego postępowania. Sporadycznie słyszałem słowa "przepraszam", "proszę", "wybacz mi" albo "wybaczam ci". Zwykle wyglądało to tak: ktoś uraził mnie albo ja kogoś słowem lub czynem i w rezultacie gniewaliśmy się przez kilka godzin, dni, a nawet tygodni. I chociaż sprawa jawiła się jako bolesna, była też cokolwiek śmieszna, gdyż każdy z nas w milczeniu czekał, by druga strona zrobiła pierwszy ruch. W końcu, czy to dzięki łasce Bożej, czy też z powodu zmęczenia milczeniem, ktoś zaczynał się odzywać...