Ani Żyd, ani Amerykanin, ani Polak. Singer wiedział, że zawsze i wszędzie pozostanie wygnańcem. Nie był ani stąd, ani skądinąd. Ani z dziś, ani z wczoraj, którego już nie ma. Był, jak sam się określał, „obcym w ogóle". I pogodził się z tym, nawet żartował. Widział siebie jako „literę albo kropkę w nieskończonej księdze Boga". I dodawał: „Nawet jeśli jestem błędem w dziele Boga, nie można mnie całkowicie wymazać".