Samobójstwo jest bardzo szczególnym rodzajem śmierci. Z jednej strony wyklętym przez Kościół katolicki, postrzeganym przez tzw. rozsądnych ludzi jako zachowanie nieracjonalne i wręcz niedorzeczne, rodzącym kontrowersje, napiętnowanym zarzutem tchórzostwa, a bywa, że i głupoty. Z drugiej jednak budzącym współczucie, wyzwalającym empatię, odbieranym jako skrajny akt odwagi, gest negacji egzystencji, niegodzenia się na nią w takiej formie, w jakiej została człowiekowi dana, brak akceptacji wszechobecnej niedoskonałości świata, ludzi i samego siebie. Skłonności samobójcze, wyzwalane przez określone okoliczności i stan ducha, towarzyszą człowiekowi odkąd stał się istotą świadomą. Imperatyw samoeliminacji jest immanentną ludzką dyspozycją, która daje o sobie znać w momentach ekstremalnych, kryzysowych. Stanowi w przypadkach granicznych, gdy zawodzą – lub wydaje nam się, że zawodzą – wszystkie środki ratunkowe, alternatywę dla życia. Jest jeszcze inny aspekt. Zdarza się, że akt definitywny jest wyrazem poświęcenia własnego życia dla sprawy, wtedy może urastać do rangi śmierci elitarnej, wyjątkowej, wzniosłej, rodząc podziw i szacunek.