Jestem siedemdziesięciolatkiem. Człowiekiem z paskudną przeszłością i doświadczeniami nieobcymi piekłu. Niczym starotestamentowy Hiob, wchodząc na drogę dobra traciłem po kolei to wszystko, co na tamtą chwilę było największym skarbem: dom, żonę i dzieci. To wydawałoby się okrutne doświadczenie pozwoliło nie tylko na oczyszczenie się ze wszystkich toksyn i nałogów, ale tez uczyniło ze mnie zupełnie inna istotę. Teraz, już mogę nie tylko widzieć piękno i dobro, o których istnieniu nie miałem pojęcia, ale także współtworzyć z nimi; czasami wynosząc na wysokości, innym razem padając, jak na paterze. Kto chce może, w owocach tych smakować do woli. A czy język mój jest na tyle komunikatywny i czytelny, by można było się w tych wierszach rozsmakować, to już nie mnie oceniać. To rola czytelnika, który jeśli zechce sięgnie do tego zbiorku i być może razem z autorem zechce się zastanowić nad sobą, nad życiem i nad przemijającym, które paradoksalnie nie musi mieć końca.