Kaziemierz Ratoń jako młody poeta zapowiadał się dobrze. Błyszczał w Kole Młodych. Kiedy za swój debiutancki tomik Gdziekolwiek pójdę... otrzymał Nagrodę Gravesa – osiągnął apogeum. Miał pieniądze i wielu przyjaciół, którzy pomogli mu je błyskawicznie wydać. Jedni opowiadali później, że za ostatnie pięć tysięcy kupił sobie psa. Inni znów mówili, że został bezczelnie okradziony. Pisano o nim bardzo ciepłe recenzje. Pewnie wtedy uwierzył, że z poezji można wyżyć. Później przyszła bieda, za nią nędza. Ale on już nie potrafił inaczej żyć. Zawarł małżeństwo z poezją i skazał się na wierność jej. Tracił coraz więcej punktów oparcia, był przeraźliwie samotny. Gdy szedł ulicą, znajomi przechodzili na drugą stronę, bo nic nie mieli mu do powiedzenia i do zaofiarowania. (...)