Ocaleni z pożogi, ale wygnani z domów, tułacze obarczeni grzechem polskości z plecakiem lub walizeczką w ręce, aktorzy spektaklu walki, odwagi i poświęcenia przerażeni własnym lękiem próbowali jesienią 1939 roku pełnić dalej obowiązki rodzinne i rodzicielskie. Nie znali uchodźczych dróg, nie wiedzieli, gdzie znajdą schronienie, nie umieli jeszcze kłamać, aby żyć. Wciąż trwali w nieistniejących domach i mieszkaniach, w ogrodach wyzłoconych jesienią, w gabinetach pełnych książek, w warsztatach i miejscach pracy, w gospodarstwach wiejskich wydanych na pastwę płomieni. Ciągle jeszcze legitymowali się własnymi imionami i nazwiskami, nie wiedząc, że są już kimś innym – "podludźmi". Podejmowali też decyzje najważniejsze – ochrony dzieci. Musiały mieć one przede wszystkim zapewnione miejsce do życia – dom. Jednak gdzie szukać nowej siedziby? Kim być dla nowej społeczności? Gdzie odnaleźć bezpieczną codzienność?