Jeśli — wzorując niniejszą książkę układem i formą na „Wielkich dniach małej floty" — autor nie uwypuklił może odrębności struktury Marynarki Handlowej w porównaniu z Marynarką Wojenną oraz — biorącej swe źródło z innych zwyczajów, warunków pracy i życia oraz tradycji — odrębności służby, a może i odrębności charakteru i mentalności marynarzy floty handlowej, to stało się to niewątpliwie dlatego, że ponad wszystkie te różnice wybijało się jedno zasadnicze podobieństwo, zgodnie cechujące marynarzy obu „małych flot": tak samo jak na „Orle", „Piorunie" i „Błyskawicy", tak też i na „Warszawie", „Narwiku" i „Batorym", żeby symbolicznie wymienić tylko kilka polskich okrętów i statków, marynarze przepojeni byli niepokonanymi -trudami wojny i przeciwnościami losu duchem. Podobnie też — oprócz dział, moździerzy czy karabinów maszynowych — uzbrojeni byli w nieugiętą wolę walki. Kazała im ona dać z siebie wszystko, bez reszty, do końca. Właśnie też dzięki temu nasza flota' handlowa, podobnie jak wojenna dokonała wielu pięknych czynów, tak bardzo wyrastających jakościowo i ilościowo ponad średnią — jeśli tak można powiedzieć — normę, że zwróciła na siebie uwagę sojuszników. Charakterystycznym i wymownym tego przykładem niech będą słowa, które w czasie wojny usłyszał jeden z oficerów Polskiej Marynarki Wojennej od przygodnego brytyjskiego towarzysza podróży na temat polskiej floty: