Autor, Mateusz Szkop, nie ukrywa swojego krytycznego nastawienia do "religijno odpustowej cepelii", "kolorowego panopticum tandety" i "sakralnej kamasutry" - to tylko niektóre perełki z prologu. Jednak właśnie te przestrzenie w pierwszej kolejności eksponuje na stronach swojej książki, właśnie nimi wciąga czytelnika w głąb fabuły. Szczęśliwie trend "na rozsierdzonego pątnika" widoczny jest tylko na początku, gdyż im dalej w historię tym bardziej prywatna staje się owa fikcyjna Częstochowa, dalsza od pocztówkowej przewidywalności, bardziej tajemnicza i oniryczna, a przede wszystkim przez to, że jednocześnie bardziej intymna i oryginalna.