„...i oskarżam Pawła Alojzego Tuchlina o to, że dopuścił się czynu...". Słowa te wielokrotnie padały z ust prokuratora w pierwszym dniu procesu przed Sądem Wojewódzkim w Gdańsku przeciwko człowiekowi, który bez mała osiem lat grasował na terenie województwa gdańskiego i na jego obrzeżach, znacząc trasy swych wędrówek krwawymi tragediami, śmiercią i kalectwem. Pod koniec jego działalności kilkadziesiąt miasteczek i wsi żyło pod ciśnieniem terroru, w okowach strachu każącego chować się w domach przed zmrokiem i wykluczającego samotne wieczorne spacery. Na kobiety przyjeżdżające do miejsca zamieszkania pociągami i autobusami czekali ojcowie, mężowie i bracia, z popołudniowej zmiany należało wracać grupkami, bo nie wiadomo było, gdzie i kiedy nastąpi kolejny atak, kto będzie następna ofiarą.