Był wszędzie, żył jak rock'n'rollowcy ? z dnia na dzień, imprezując na całego przy każdej nadarzającej się okazji. Kochał Wysockiego, ale jeszcze bardziej kochał alkohol. I kobiety. I konie. I psy. Przeszedł przez życie gwałtownie i szybko, jak wiosenna burza. W swoim ziemskim jestestwie wpisał się w bieszczad mitem kowbojskiego włóczęgi. Zamiast winchestera miał przytroczone do siodła rzeźbiarskie dłuta. Cudował nimi świętych Pańskich albo i samego Pana Boga z mateczką Maryjką. Jedni widzieli w nim zwyczajnego pijaka, inni wspaniałego artystę, a on nie zważając na to upadał i podnosił się, gubił kapelusze i sięgał po aureole.